Kategoria: Artykuły

  • Historia cerkwi w Starej Hucie, szkiełek i zwyczajów z Huty i Złomów

    Mamy dla Was mało znaną fotografię cerkwi i niezwykły artykuł, związany ze Starą Hutą. Zawiera on sporo ciekawych i nieznanych informacji. Część pochodzi z wywiadu z najstarszą mieszkanką Huty Złomy, która jako dziecko przychodziła do Starej Huty do szkoły. Postaramy się też w tym artykule naszkicować Wam klimat wielkanocny wielokulturowej Ziemi Lubaczowskiej.

    Na początek fotografia pochodząca z albumu rodzinnego Liptayów, którzy byli właścicielami ziemskimi z Łówczy. Ich majątek sięgał aż Starej Huty. Dlatego znalazła się w nim też unikalna historyczna fotografia cerkwi starohuckiej, która spłonęła w okolicy 1925 roku. Stara Huta była osadą rzemieślniczą, gdzie była huta szkła. Hetman wielki koronny, starosta lubaczowski Adam Mikołaj Sieniawski, postanowił przekształcić ją w hutę wyrabiającą też szkła kryształowe. W tym celu sprowadził specjalnie alchemika Konstantego Franciszka Fremela, który znał tajniki wyrobu najszlachetniejszej odmiany szkła, jaką był kryształ. Stara Huta po najazdach tatarskich w 1672 roku była wyludniona, dlatego też, by rozwinąć osadnictwo, Sieniawski postanowił ufundować cerkiew, by uczynić wieś atrakcyjniejszą dla osadnictwa. Świątynia wybudowana została w 1720 roku, pod wezwaniem św. Marcina (tak opisał ją Karol Notz, zapewne chodziło o wezwanie św. Mikołaja, co można znaleźć na mapie z 1854 roku). Po około 200 latach postanowiono rozpocząć proces jej przebudowy. Dodano babiniec, zakrystię i kopułę. W środku był „ładny pająk szklany”, który był pamiątką po nieistniejącej hucie. Możliwe, że rodzina Liptayów wspomagała finansowo remont świątyni. Według opowiadań starszych ludzi związanych ze Starą Hutą, w okolicy 1925 roku, po jednej z mszy kościelny nie zgasił świec w cerkwi, te dopalały się powoli i w końcu zapalił się obrus i od niego ogień zajął całą świątynię. W 1928 roku postawiono nową cerkiew. Na Wielkanoc w Hucie i Złomach odnawiano po zimie krzyże przydrożne, był to szczególny okres, dlatego starano się symbole religijne odpowiednio przystroić. Przed krzyżem stawiano wazon (na przykład z butelki) i wkładano do niego świeże kwiaty. Sprzątano także cmentarze.

    W niedzielę palmową, gdy wszyscy wrócili z kościoła, „okładano” palmą domowników i mówiło się wtedy: palma bije, to nie ja biję, za sześć noc Wielkanoc. Poświęconą palmą, zamiast kijem, wyganiało się krowy na pastwisko, miało to na celu sprawienie, by zwierzęta w domu były zdrowe. Potem palmę się chowało za duży święty obraz i leżała tam cały rok, po czym się ją spalało. Na święta wielkanocne ze Złomów szło się na piechotę boso do Płazowa ścieżkami przez las, najkrótszą drogą. Przed kościołem był strumyk i tam myło się nogi i dopiero wtedy wkładano buty. Było biednie, dlatego oszczędzano buty i służyły często tylko do celów pokazowych. Zazwyczaj się nie jadło mięsa, tylko na kolędę i Wielkanoc. Było wtedy świniobicie i można było w niedzielę zjeść tradycyjny żur z jajkiem i kiełbasą. W poniedziałek wielkanocny u grekokatolików, młodzież ze Złomów szła do cerkwi w Hucie z ciekawości. Okazją taką były wielkanocne chachułki, tradycyjne młodzieżowe zabawy ruskie, odbywające się przy cerkwi. Młodzież zbierała się wtedy przed mszą i robiono duże koło przy świątyni, tańcowano i śpiewano. Były to zabawy, które miały jeszcze pogańskie echa, związane z powitaniem wiosny. Młodzież wtedy śpiewała między innymi takie piosenki jak: oj zaswyły fijołałky zaswyły, aż się hory z dołynami pokryły. Dzieci też wchodziły na dzwonnicę i dzwoniły dzwonem. Nowa cerkiew miała płot z kamiennymi słupami, zapewne kamienny mur, który widać na fotografii, rozebrano po pożarze. Potem młodzież szła do cerkwi na mszę, ale tam zamiast modłów ludzie rozmawiali i śmiali się jak na jarmarku. Podczas wojny cerkiew miała małe uszkodzenia, ale przetrwała. Niestety, w latach 50tych rozpoczął się proces jej rozbiórki. „Komuniści” postanowili, że z drewna cerkiewnego zbudują szkołę na Złomach, a w Hucie gajówkę. Jeżeli były jakieś stare kamienne krzyże na cmentarzu przycerkiewnym, czy w centrum wsi, to przeniesiono je na cmentarz. Wyposażenie cerkwi nie przepadło! Ornaty i inne ruchome elementy zostały zabrane do kościoła w Płazowie. Gdy na Złomach postawiono kaplicę pod koniec lat 50tych, część tego wyposażenia została przeniesiona do tej kaplicy.

    Z biegiem czasu w Starej Hucie powstał PGR. Ponieważ wieś była wyludniona przez wysiedlenia w ramach Akcji „Wisła”, utworzono nową dużą wieś z centrum w Złomach i nadano jej nazwę: Huta Złomy, łącząc Starą Hutę ze Złomami. Do PGRu w Starej Hucie ściągano pracowników z zewnątrz. Przybyli między innymi pracownicy z Bieszczad. W latach 80tych Iglopol obiecał im mieszkania w bloku w Łówczy, który miał powstać dla nich, dlatego mieszkali tymczasowo w drewnianych domach przy PGRze. Komuna padła, bloki nie zostały ukończone, a oni zostali w Hucie. Teraz wieś jest już prawie całkowicie wyludniona.

    opracowanie GC

  • O tym jak w Bełżcu krzyż wodowali

    Kamienny krzyż z Bełżca to jeden z najciekawszych krzyży bruśnieńskich. Lecz nie ze względu na jego formę, bo jest prosty i archaiczny, ale ze względu na historię z nim związaną.

    Najstarsi mieszkańcy Bełżca opowiadają historię, że od niepamiętnych czasów, w okresie długotrwałej suszy, krzyż był zabierany z miejsca gdzie stał. Na drągach przenosiło go czterech mężczyzn i wstawiano go do płynącej nieopodal rzeki. Krzyż tak długo był w rzece, pił wodę, aż w końcu nadeszły deszcze. Wtedy został zabierany na swoje miejsce. Praktyk tych zaprzestano pod koniec XIX wieku.

    Na mapie z końca XVIII wieku znajdziemy dwa krzyże w Bełżcu na przysiółku Zagóra. Jeden z nich umiejscowiony jest w okolicy skrzyżowania, drugi na zachodnim krańcu wsi. Do dziś przetrwał tylko jeden z nich, nie wiemy który, bo krzyż o którym tu mówimy, nie stoi na oryginalnym miejscu. Według pomiarów na mapach, biorąc pod uwagę dotychczasową lokalizację, pierwotnie jeden z krzyży stał ok 80 metrów na zachód, a drugi około 170 metrów na północny wschód.

    Tego typu krzyże można śmiało uznać za mogilne. Oznacza to, że powstały z powodu dużej klęski we wsi. Jedną z takich przyczyn były wtedy najazdy tatarskie. Gdy zginęło kilkunastu czy kilkudziesięciu ludzi, zbierano ich i zakopywano w jednym miejscu poza wsią. Drugim powodem, dla którego nieopodal postanowiono zrobić mogiłę, to zaraza, która zebrała duże żniwo i duża ilość trupów spowodowała, że trzeba było szybko zakopywać zwłoki. Niektórzy mieszkańcy Bełżca do tej pory okolicę z krzyżem kojarzą z cmentarzyskiem. Warto mieć tego świadomość, że wiele wsi i miast przed wiekami była jednocześnie miejscem pochówku. To właśnie te miejsca są dziś naznaczone kamiennymi krzyżami. Opowieści starszych ludzi o cmentarzyskach i straszących tam zjawach wymuszały stawianie krzyży lub figur. To znak, który mówi, że to miejsce należało odczarować czy poświęcić.

    Ponieważ krzyż faktycznie nie stał na swoim miejscu, ekipa pasjonatów regionu związana z Lubyckim Stowarzyszeniem Regionalnym i stowarzyszeniem Tegit et protegit, postanowiła przenieść go w inne miejsce. Spowodowane było to tym, że dotychczas stał on na pustej działce ogólnodostępnej. Dziś jest ona już prywatną posesją i obok stoi już nowy dom. Stąd, dzięki porozumieniu z właścicielami posesji i lokalnymi władzami, krzyż został przeniesiony 50 metrów niżej nad strumyk, przy drodze. Tutaj będzie dalej dostępny i nikomu nie będzie przeszkadzał. Z czasem, gdy znajdzie się mu stałą lokalizację, zostanie on przeniesiony w inne stosowne miejsce.

    oczytajcie też bajkę, jaką napisała Pati Maczyńska, związaną z tym krzyżem:

    Spała pod ziemią skała,
    Z muszelek była cała.
    Górnik ją wykopał i zabrał na wóz,
    Koło wozu się złamało, gdy ów kamień wiózł.
    Porzucił więc górnik przy drodze ten głaz
    I stał tam samotny przez długi czas.
    Stał samotny, niezauważalny,
    Zupełnie, jakby był niewidzialny.
    Aż pewnego pogodnego ranka
    Zdarzyła się jemu taka niespodzianka:
    Baba wiosennym sprzątaniem się zajęła
    I na ów kamień pomyje chlusnęła.
    A kiedy się woda na niego wylała,
    Szybko ulewa się rozpętała.
    Lecz nim pierwsze krople z nieba opadły,
    Lica kobiety nieco pobladły.
    Bo martwa skała wodę wypiła;
    Zupełnie, jakby żywa była.
    Kamień z muszelek wodę pije,
    Bo co w muszli – w wodzie żyje.
    Kobieta pacierze odmówiła,
    Z kamienia krzyż szybko wyrzeźbiła.
    Od tej pory w suszę w strumień krzyż wstawiali,
    Póki się nie napił, to go wodowali.
    Do dziś w Bełżcu stoi słynny krzyż pijący,
    Z bruśnieńskiego bloku jednak pochodzący.

  • Pierwszy na świecie „złomal” powstał w Hucie Złomy

     

    Każdy zna murale, czyli wielkoformatowe grafiki na ścianach. Niedawno odmianę muralu na deskach, czyli deskal, spopularyzował Arkadiusz Andrejkow, uprawiający malarstwo i street art. Teraz pojawiła się nowa zaskakująca odmiana twórczości na ścianie, czyli złomal.

    Jest to, najprościej opisując, ściana ozdobiona dużą ilością małogabarytowego złomu, który tworzy jakiś zamysł artystyczny lub estetyczny. Złom jest na tyle wdzięcznym materiałem, że każdy pojedynczy element ma swoją historię. Różni się to od malowania tym, że pociągnięcia pędzlem tworzą całość po ukończeniu dzieła, natomiast w przypadku złomala jest odwrotnie. Jeden element to historia, jak na przykład podkowa, siekiera, stary robiony przez kowala gwóźdź czy zawias. To przedmioty użytkowe, ale są też takie, które na swój sposób zawierają ładunek emocjonalny, jak na przykład łańcuch, którym pies przypięty był do budy i był jego symbolem zniewolenia.

    Grzegorz Ciećka stworzył w Hucie Złomy pierwszy złomal, nadając mu tytuł „Nowa twarz złomu”. Jest to niezwykła inicjatywa, bowiem zachęca do szukania zakopanych na podwórku śmieci, głównie metalowego złomu. To działanie ekologiczne, które odpowiada dzisiejszym czasom i wyznacza nowe spojrzenie na rzeczywistość. Około 150 przedmiotów dostało nowe życie.

    Inspiracją do stworzenia takiej ściany była nazwa wsi, w której powstał złomal, czyli Huta Złomy. Kolejny impuls dał wiejski zwyczaj, gdzie na ścianach różnych budynków gospodarczych wieszano na gwoździach łańcuchy, podkowy, klucze i inne metalowe przedmioty.

    Trwają prace koncepcyjne nad kolejnym złomalem.

    Poniżej wideo z premiery:

    https://www.facebook.com/ORBAD/videos/4059440167462877/

    red. ziemialubaczowska.pl

  • Historia postrzelonego krzyża ze Starego Dzikowa

    Postrzelony krzyż stoi na polach Starego Dzikowa, nieopodal Cewkowa. Wiąże się z nim ciekawa historia.

    O krzyżu usłyszałem od kolegi ze Starego Dzikowa, który wiedział, że zajmuję się odnawianiem kamiennych krzyży, chciał bym rzucił na niego okiem, czy da się z nim coś zrobić. Okazja zobaczenia krzyża przytrafiła się przy okazji inwentaryzacji kamiennych krzyży w lecie 2016 roku. Jeszcze nie słyszałem jego historii. Gdy do niego dotarłem, wtedy sfotografowałem go, obejrzałem i pojechałem dalej do Cewkowa. Tam przy jednym z krzyży we wsi podszedł do mnie starszy pan, chwilę rozmawialiśmy i na pytanie, czy zna jakieś ciekawe historie stąd, zaczął opowiadać o tym, jak podczas wojny stacjonowali w Cewkowie sowieci. Jeden z nich powiedział do kompanów: „ja budu strilaju do polskiego boha” i poszedł do krzyża na polach, tam przymierzył i trafił Jezusa prosto w serce, przy okazji rozbijając krzyż. Zadowolony chciał się pochwalić kompanom o swoim wyczynie, ale akurat nadleciał niemiecki samolot i zabił żołnierza strzelającego do polskiego Boga. Chciałoby się powiedzieć, że z nieba od razu nadeszła kara. Po wysłuchaniu historii pomyślałem, że nie ma na co czekać, trzeba ten krzyż skleić, odczyścić i naprostować. On musi stać się żywą pamiątką niezwykłej historii. Ponieważ to spory okaz i ciężki, a dodatkowo nie dało się go oderwać od schodkowej podstawy, bo został w nią wbetonowany, potrzebna była pomoc, otrzymałem ją w Urzędzie Gminy w Starym Dzikowie, gdzie pan Sekretarz osobiście nadzorował to przedsięwzięcie. Dostałem też wskazówkę, że na pamiątkę wydarzenia w piersi Jezusa powinna zostać dziura po kuli. Zawieźliśmy krzyż do Gorajca, gdzie podczas festiwalu Folkowisko służył za obiekt do warsztatów z odnawiania kamiennych figur. Następnie przez kilka tygodni trwało doczyszczanie i prace z maskowaniem ubytków. Jednocześnie krzyż przez ten czas stał się atrakcją w Gorajcu i sporo turystów miało okazję poznać jego historię.

    W końcu nadszedł czas, by optymalnie odnowiony krzyż wrócił na swoje miejsce. Akurat TV Rzeszów szykowała materiał o kamiennych krzyżach, była to dobra okazja do tego, by zorganizować powrót tego niezwykłego obiektu na miejsce, przy okazji pokazując go ludziom. Teraz można uznać, że to najbardziej znany kamienny krzyż bruśnieński w całym kraju. Ci którzy nie widzieli materiału z TV związanego z tym krzyżem… zachęcam do poszukania go w internecie 🙂

    namiary GPS do mapy google do krzyża: 50.24808, 22.90889

    autor: Grzegorz. art opublikowany w sieci 4 lutego 2017

     

  • Kamienny Krzyż Tatarski w Starym Bruśnie

    Na początku kwietnia, Michał Czerwonka razem z podleśniczym Stanisławem Studenckim przypadkiem dokonał ciekawego odkrycia, znalazł on jeden z najstarszych kamiennych krzyży bruśnieńskich z okresu najazdów tatarskich w Starym Bruśnie. Dotychczas nikt nie wiedział o istnieniu tego krzyża, bowiem leżał on na ziemi przysypany ściółką i wystawał tylko kawałek górnego ramienia, który wyglądał jak zwykły kamień. Szybko przeprowadzone zostały oględziny miejsca i samego obiektu, okazało się, że nie miał on oryginalnie podstawy, tylko był wbity bezpośrednio w ziemię, co pokazuje, że należy do tych najstarszych. Wiek krzyży można rozpoznać po aspekcie ich skomplikowania, najstarsze są te najprostsze. Z dużym prawdopodobieństwem, krzyż można datować na okolicę 1629 roku. Poniżej krótka rozprawa historyczna, której celem jest wydedukowanie historii tego typu krzyży.

    Śmiało można powiedzieć, że pierwsze kamienne krzyże niecmentarne stawiane były głównie na mogiłach oddalonych od wsi. Stanowiły coś w rodzaju pomników, czy też pamiątki świadczącej o historii. Na Ziemi Lubaczowskiej okres najazdów tatarskich odbił szczególne piętno, całe wsie były wtedy palone, masy ludzi były brane w jasyr, przy okazji sporo ich ginęło. Tatarzy dziesiątki lat najeżdżali wschodnie krańce Rzeczpospolitej. Dopiero słynna wyprawa na czambuły tatarskie Sobieskiego w 1672 roku zakończyła ten proceder. Minęło prawie 400 lat, i dopiero teraz pasjonaci historii zabierają się za odkrywanie i badanie jednych z najciekawszych, najstarszych zabytków Ziemi Lubaczowskiej, czyli Kamiennych Krzyży Tatarskich. W niektórych opracowaniach nazywane są „turkami”, ale to myląca nazwa, stąd w ramach inwentaryzacji zostaje im nadana nazwa „tatarskie”.

    Kamienne krzyże pierwotnie stawiane były tylko przy cerkwiach czy kościołach i na taki przywilej, trwałej pamiątki zasługiwali tylko nieliczni, na przykład księża. Reszta krzyży była drewniana i szybko znikały, dlatego na tym samym miejscu za jakiś czas chowano następnych ludzi. Otoczenie cerkwi i kościołów było jednym wielkim cmentarzyskiem, otoczonym parkanem. Zazwyczaj cerkwie sytuowane były na pagórkach lub wyodrębniających się z terenu cyplach nad strumykami, czy bagnami, bowiem były jednocześnie wiejskimi warowniami. W czasach najazdów tatarskich, gdy panowała pańszczyzna, zwykły chłop nie mógł zrobić nic bez wiedzy właściciela ziemskiego, tylko księża mieli jeszcze przywileje. Dlatego też najprawdopodobniej ksiądz, lub właściciel ziemski decydował gdzie były sytuowane zbiorowe mogiły, gdzie na raz zakopywano dziesiątki czy setki trupów z tych najazdów. Zazwyczaj były to grunty wspólne, często mało atrakcyjne miejsca, np. wąwozy, piaszczyste pagórki, kawałki ziemi w kątach przy granicach czy drogach. Właśnie w takich miejscach tworzone były zbiorowe mogiły ludzi zmarłych na zarazę, w czasie najazdów lub w innych przypadkach. Gdyby nie zapiski Karola Notza, to zapewne dziś trudno byłoby określić, z jakiego powodu stawiane były krzyże na odludziu poza wsiami. Dzięki jego pracy inwentaryzacyjnej, gdzie są często zawarte opisy związane z historiami najazdów tatarskich, możemy na pewno powiedzieć, że w Starym Bruśnie były dwa kamienne krzyże z czasów najazdów: „Zaraz we wsi są nad debrą dwa krzyże kamienne z napisami łacińskimi, z czasów napadów tatarskich. Była tam i figura, ale się zupełnie rozsypała.” Drugim ważnym źródłem jest opracowanie Maurycego Horna na temat skutków ekonomicznych najazdów tatarskich. Znajdziemy tam informację, że w Bruśnie na 104 budynki zniszczonych zostało 31, to dane na 1629 rok. Oczywiście najazdy były też później, szczególnie rok 1672 odbił się dużym echem, bo Jan III Sobieski walczył z Tatarami i wyzwalał ludzi z jasyru. Mamy tutaj jednak dwa krzyże i anonimową figurę. Niżej odkrytego znajdziemy inny z wyrytym krzyżem, na dodatek miedzy nimi przypadkiem udało się znaleźć tajemniczy element kamienny ze znakami, który wygląda jak element krzyża. Może to element tej figury co się rozsypała?

    Ciekawy ślad daje nam mapa Galicji, która powstała w 1864 roku, zaznaczony jest na niej krzyż, który może być też czymś w rodzaju kapliczki, mniej więcej 100 metrów w linii prostej od znalezionego krzyża na wschód. Niemalże na środku pola powinno coś być, ale nie ma tam nic. Może krzyż został przeniesiony nad debrę? Może jest to oznaczenie jakiegoś pomnika czy figury, która się rozsypała, jak wspomina Notz.

    Badania dopiero się rozpoczynają, proces inwentaryzacyjny tego typu krzyży daje nam możliwość pracowania nad anonimowymi do tej pory obiektami. Już teraz otwiera się nam bardzo ciekawa historia, która ukoronowana jest wydarzeniem spektakularnym, czyli wyprawą na czambuły tatarskie przez Sobieskiego.

    Dla tych, którzy chcą zleźć krzyż namiar na mapie google: TUTAJ

    opracowanie GLC, art. z 28 kwietnia 2017

  • Robinsonada na Horaj w poszukiwaniu kubka mocy

    Mając za sobą najcięższe wydarzenia związane z pandemią, turystyka zaczyna się transformować. Ludzie zaczynają unikać zatłumionych miejsc i szukają czegoś nowego, nowego stylu podróżowania. Bezpiecznego i na dodatek niezwykle emocjonującego. Dajemy Wam coś takiego! Oto robinsonada.

    Według definicji, robinsonada to prawdziwa lub fikcyjna podróż samotnego człowieka, zdanego na własne siły, pomysłowość, zaradność, w trudnych warunkach, spowodowana najczęściej żądzą przygód. Nazwa ta pochodzi od imienia Robinsona Crusoe.

    Żeby nie przedłużać i nie męczyć zbędnymi opisami, zapraszamy Was na robinsonadę na Horaj, czyli nieistniejącą już wieś między Siedliskami a Mrzygłodami.

    Pierwsze wzmianki historyczne na temat wsi pochodzą z 1642 roku, wcześniej, jak wiele roztoczańskich miejscowości, były tu osady pasterskie. Teren pagórkowany był idealny do wypasu owiec i bydła, stąd pojawili się tu już wiele wcześniej Wołosi. Król Jan Kazimierz nadał przywileje lokacyjne wsi tutejszym kniaziom: Martyszowiczowi i Bożykowi (rejon Bożyków był bliżej Siedlisk). Wieś przestała istnieć w wyniku akcji Wisła w 1947 roku i następnie podpaleniu zabudowań przez UPA, która stosowała taktykę spalonej ziemi, czyli, jeżeli my nie będziemy tu mieszkać, to wy też nie. Co zostało po Horaju po 73 latach?

    Horaj znajduje się na czerwonym szlaku rowerowym, na odcinku między Siedliskami i Mrzygłodami. Łatwo tam dotrzeć, są nawet przystanki z wiekowymi już ławami i starą wyblakłą tablicą informacyjną, gdzie znajdziecie trochę informacji o wsi.

     

    Na szlaku znajdziemy coś w rodzaju pomnika, głaz poświęcony Ministrowi Romanowi Geslingowi, który przed wojną był leśniczym w majątku Sapiehów.

     

    Roman Gesling zaprojektował aleję modrzewiową w majątku Sapiehów i właśnie w tym miejscu znajdziemy ten pomnik.

     

    Następnie, szukamy wspominanej wsi Horaj. Na ostrym zakręcie, gdzie znajduje się tablica z opisem wsi, idziemy drogą, trzymając się prawej ręki. To prosta z czarnego błota droga, przynajmniej taką miałem, po deszczu. Gdy nagle po prawej zobaczymy drewniany krzyż… to znaczy, że trafiliśmy do wsi widmo.

     

    Spodziewałem się kamiennego krzyża, ale lepsze to niż nic. Na błotnistym skrzyżowaniu postanowiłem pójść na górkę, bo tam widać stare drzewa, lipy, pszczoły mówiły, że dużo tu kwiecia. Brzęczały aż szumiało całym lesie! Na górce znalazłem kolejny taki sam krzyż…

     

    i artefakt po nieistniejącej cywilizacji, wygrzebany pewnie przez poszukiwacza skarbów, który teraz stał się kubkiem mocy. Jeszcze o nim napiszę w przyszłości 😀

     

    W okolicy gdzie były domostwa, znajdziemy sporo barwinka i starych drzew, to niemal znak rozpoznawczy miejsc, gdzie były nieistniejące wsie.

     

    Na swój sposób spektakularnym elementem wsi widmo jest studnia. Zachowała się do dziś, trzeba uważać, by nie wpaść!

     

    Na koniec ostatni obiekt, leżący po stronie Podkarpackiej. Wieś Horaj, była miejscem, gdzie biegła granica majątków. Poniżej pamiątka po mieszkańcach z części werchrackiej:

    Ten krzyż postawiono na pamiątkę Horajów Werchrackich

    1906

     

    Podsumowanie: cisza, spokój, brak ludzi, można się nawet zgubić! Ale na tym polega przygoda, robinsonada 🙂 Teren jest ekstremalnie ciekawy dla wielbicieli natury. Są wąwozy, pagóry, ciemna buczyna karpacka. Sam teren wsi widmo aż przyprawia o ciarki. Jak tu musiało był pięknie, gdy były drewniane chaty na kamiennych podmurówkach, kamienne studnie, kamienne słupy ogrodzeń, mały kamieniołom w okolicy, dorodne lipy i klony dające pyłek pszczołom. Łany barwinka. Magia. Wrócę tam jeszcze.

    GLC

  • 4 lipca premiera ciekawej publikacji regionalnej „Od Zamościa po Lwów”

    Pomimo trudnego czasu pandemii, już wkrótce czytelnicy – pasjonaci historii, Roztocza, Podkarpacia, Lubelszczyzny i dawnego województwa bełskiego będą mogli fizycznie cieszyć się książką „Od Zamościa po Lwów. Szkice historyczne i literackie”, wydaną przez Stowarzyszenie Pasjonatów Ziemi Lubaczowskiej „Tegit et protegit” w Horyńcu-Zdroju, a opracowaną przez zespół historyków i pasjonatów historii, skupionych wokół portalu internetowego „Historia Regionu Tomaszów Lubelski-Bełz-Rawa Ruska”, w składzie: Zdzisław Pizun, Aneta Siemieńska i Ryszard Gawryś.

    Premiera książki odbędzie się 4 lipca 2020 r. (sobota) o godzinie 17:00 w Centrum Koncertowo-Wystawniczym (dawna cerkiew Ofiarowania Matki Bożej w Świątyni) w Narolu. Podczas eventu należy zachować wszelkie środki ostrożności, związane z epidemią koronawirusa. Organizatorzy zapewnią możliwość zakupu książki bez wchodzenia do obiektu.

    Publikacja, formatu B5, w twardej okładce z dość bogatą archiwalną i współczesną ikonografią, liczy 192 strony. Jest to praca zbiorowa, składająca się z tekstów naukowych, historii rodzinnych, wspomnień, opracowań literackich, omówień niedawno wydanych książek i prezentacji osób, związanych z redakcją.
    W książce nie żałowano również miejsca na fotografie, tak archiwalne jak i współczesne, i to one, wkomponowane w artykuły publikacji, uzupełniają treści pisane i dodają im atrakcyjności. Większość tekstów jest bardzo osobista, gdyż dotyczy spraw związanych z życiem autorów – ich rodziną, miejscem zamieszkania. Niektóre teksty stanowią miniaturowe publikacje naukowe, inne mają charakter popularnonaukowy, literacki, sprawozdawczy. Szczególne miejsce w książce ma jednak genealogia i w tym zakresie osobiste badania autorów.

    Publikacja jest w pewnym sensie przelaniem na papier i rozszerzeniem informacji, zawartych na stronie internetowej „Historia Regionu Tomaszów Lubelski-Bełz-Rawa Ruska”, którą w roku 2014 założyli redaktorzy niniejszej publikacji. Treści, ukazujące się na tej stronie, wspierane są materiałami opracowywanymi przez jej sympatyków i partnerów. Po kilku latach publikowania powstała myśl wydania opracowania zbiorowego, w skład którego weszłyby również utrzymane w „klimacie” historycznym artykuły, nadesłane przez regionalistów i miłośników Roztocza, ziemi lubaczowskiej, Zamojszczyzny czy Lwowszczyzny. Pod względem czasowym teksty obejmują okres od przejęcia ziemi bełskiej przez księcia mazowieckiego Siemowita IV w roku 1388 aż do chwili obecnej. W sumie w książce znalazło się 26 różnorodnych tekstów, napisanych przez 19 autorów z całej Polski.

    Publikacja składa się z artykułów naukowych, historii rodzinnych, wspomnień oraz opracowań literackich, dotyczących: Lubelszczyzny, Podkarpacia, Roztocza po obu stronach polsko-ukraińskiej granicy oraz staropolskiego województwa bełskiego i dawnego województwa lwowskiego. Zamieszczone zostały również prezentacje współpracujących z redakcją osób oraz omówiono niedawno wydane publikacje autorów – partnerów redakcji. Zespół redakcyjny dołożył starań, aby zaprezentowana tematyka była na tyle szeroka, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Redaktorzy starali się nie ingerować w merytoryczną treść artykułów i nie narzucać tematów prezentowanych przez poszczególnych autorów, których teksty są też pewnego rodzaju promocją działalności, prowadzonej przez nich w środowisku lokalnym.
    Na publikację składają się: wstęp, cztery artykuły naukowe, dziewięć tekstów dotyczących historii rodzinnych i wspomnień, trzy teksty literackie, trzy umieszczone w silva rerum, trzy w sylwetkach a kolejne trzy w omówieniach prac związanych z regionem „między Zamościem a Lwowem”. Całość wieńczą noty biograficzne autorów/ek, resume w języku angielskim i ukraińskim oraz indeks osobowy.

    Szczegółowe informacje na temat książki oraz sposobie jej nabycia w przedsprzedaży znajdują się na związanych z redakcją i wydawnictwem stronach i profilach na Facebooku oraz na stronie internetowej redakcji: www.historiaregionu.org
    Aby w przedsprzedaży nabyć książkę należy dokonać przelewu na konto wydawcy (43 zł + 8 zł wysyłka): Stowarzyszenie „Tegit et protegit”, ul. Jana III Sobieskiego 6/5, 37-620 Horyniec-Zdrój, nr konta: 17 9101 1039 2002 2502 2867 0001, tytułem: Od Zamościa po Lwów – … egz. plus wysyłka (jeśli trzeba). Należy również poinformować redakcję na fb lub za pomocą poczty elektronicznej – adres: historiaregionu@onet.pl o szczegółach zamówienia (adres wysyłki lub sposób odbioru, treść dedykacji).

    Proszę o zapoznanie się z recenzją naukową książki „Od Zamościa po Lwów. Szkice historyczne i literackie”, którą sporządził dr hab. Marek Sioma, prof. UMCS.

    Przedstawiona do recenzji praca zbiorowa pod redakcją miała pierwotny tytuł „Ponad granicami. Historia i kultura”. Po recenzji wydawniczej uległ on modyfikacji do postaci „Od Zamościa po Lwów. Szkice historyczne i literackie”. Nowy tytuł zdecydowanie lepiej oddaje treść publikacji, na którą składają się: wstęp, cztery artykuły naukowe, dziewięć tekstów dotyczących historii rodzinnych i wspomnień, trzy teksty literackie, trzy umieszczone w silva rerum, trzy w sylwetkach a kolejne trzy w omówieniach prac związanych z regionem „między Zamościem a Lwowem”. Całość wieńczą noty biograficzne autorów/ek, resume w języku angielskim i ukraińskim oraz indeks osobowy […].
    Konstrukcja publikacji oddaje ducha książki, poświęconej w dużej mierze Lubyczy Królewskiej, Narolowi i okolicznym miejscowościom. W założeniu jest pozycją „do czytania” i poznania małej ojczyzny, ale zarazem pracą spełniającą kryteria publikacji popularnonaukowej, której wartość dodaną doceni potencjalny czytelnik.
    Do ogólnych walorów książki zaliczam zarówno jej koherentność terytorialną, jak też wartości poznawcze artykułów naukowych. Doskonałym uzupełnieniem są teksty opublikowane w dziale „Historie rodzinne i wspomnienia”, które prezentują osobiste odczucia i przeżycia autorów/ek. Podobnie jak artykuły, zostały one poddane wnikliwej recenzji, ale inaczej, niż w przypadku tych pierwszych, ich przekaz nie zawsze jest obiektywny, a przez to zgodny z aktualnym stanem wiedzy na dany temat. Uznałem, że przywilejem wspominającego/ej jest przedstawienie takiego przekazu, jaki utrwalił się u niego/niej przez dziesięciolecia. Pozostałe teksty zostały również poddane recenzji. W zdecydowanej większości zostały one napisane bez zarzutu. W przypadku tekstów literackich, jakąkolwiek ingerencję (ze zrozumiałych względów) uznałem za niewskazaną i nieuzasadnioną […].
    Konkludując stwierdzam, że redaktorom udało się zestawić teksty w taki sposób, że powstała przejrzysta a zarazem spójna struktura, której treść, moim zdaniem, zainteresuje czytelników „od Zamościa po Lwów”.

  • Grzegorz Kuźniewicz był nadzieją polskiego rzeźbiarstwa!

    Stare Brusno, było miejscem, gdzie od pokoleń mieszkańcy zajmowali się obróbką kamienia. Mając od urodzenia styczność z kamieniarstwem, wielu bruśnian odkryło u siebie umiejętność odwzorowania rzeczywistości w kamieniu. Wielu samouków utknęło na poziomie twórczości ludowej, ale jednemu udało się wybić.

    Gdy w 1871 roku urodził się Grzegorz, w rodzinie Kuźniewiczów, właścicielem ziemskim Starego Brusna był Ludwik Żychliński. Był on znanym w kraju działaczem społecznym, który interesował się wtedy szczególnie uprawą roślin i osiągał znaczące wyniki w hodowli, opisywane w gazetach. W jednym z artykułów, z dwutygodnika „Kronika Rodzinna”, znajdziemy nawiązane do kamieniarstwa:

    „Tegoż Pana Żychlińskiego są piękne wyroby z piaskowca wykonane przez włościan brusnowskich bardzo zręcznie, między niemi zwraca na siebie uwagę pomnik.” (zapewne chodzi o pomniki nagrobne).

    Trudno powiedzieć, jak trafił prof. Julian Zachariewicz na informacje o młodym Kuźniewiczu, być może dzięki poleceniu Żychlińskiego? W każdym razie nagle prof. Zachariewicz postanawia pomóc młodemu Grzegorzowi w zdobyciu wykształcenia we Lwowie. Dostaje się wtedy też na praktykę do warsztatu znanego rzeźbiarza, Juliana Markowskiego. Grzegorz przejawia ogromny talent. Jego umiejętności, łatwość w malowaniu i rzeźbie, sprawia, że pojawiają się przed nim duże możliwości. Pobiera też nauki u mistrzów rzeźby w Rzymie. Tam wykonuje swoje najlepsze dzieło pod tytułem „Garncarz”. Krytycy sztuki są zachwyceni warsztatem Kuźniewicza.

    Wraca do Lwowa, ale rozbija się o szarą rzeczywistość. Chce tworzyć sztukę wysokich lotów, ale nie ma takich zamówień. Chwilową sławę przynosi mu dokończenie pomnika Bartosza Głowackiego, którego nie zdążył ukończyć mistrz Julian Markowski. Grzegorz przez niektórych nazywany jest wtedy nawet nadzieją polskiego rzeźbiarstwa. Niestety z braku poważnych zamówień, musi wykonywać prostsze prace, głównie nagrobki cmentarne, rzeźby do świątyń i inne elementy ozdobne dla architektury miejskiej. Nie udaje się mu też przebić w USA, gdzie udał się w poszukiwaniu lepszych możliwości rozwoju swego talentu. Wraca do Lwowa, zastaje go I Wojna. W końcu podejmuje decyzję w 1919 roku, że wraca do Starego Brusna, w rodzinne strony. Zajmuje się tutaj prostymi pracami, takimi jak naprawianie zegarków. Staje się też animatorem kultury i uczy lokalnych kamieniarzy, głównie tych z rodziny, udoskonalać swój warsztat. Na terenie lubaczowskim są znane dwa jego sygnowane wyroby. W Horyńcu-Zdroju wykonał Pomnik Wolności, a w Szczutkowie dla miejscowego nauczyciela nagrobek. W okolicy Lwowa znajdziemy bardzo dużo jego dzieł. Część, szczególnie tych najbardziej spektakularnych, jak „Garncarz”, zostało zniszczonych po wojnie.

    Tutaj warto zapytać, dlaczego Grzegorz rzucił wielki świat sztuki? Co spowodowało, że odrzucił propozycje nauczania w szkołach artystycznych w Krakowie i Poznaniu? Sam miał często mawiać, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi niż Stare Brusno na Roztoczu! Oto powód.

    Dlaczego mimo tak dużego talentu nie udało się przebić Kuźniewiczowi? Odpowiedzi należy szukać w jego charakterze i niesprzyjających warunkach historycznych. Najpierw I wojna światowa, następnie II wojna, spowodowały, że życie kulturalne, tendencje społeczne, dwa razy się resetowały w ciągu jego życia. Postanowił się określić po I wojnie jako Ukrainiec. Był ateistą, do cerkwi i kościołów chodził podziwiać dzieła sztuki. Miał on charakterystyczną dla artystów przypadłość, nakazującą zostawianie na ostatnią chwilę nawet najważniejszych rzeczy. To sprawiło, że nie wykorzystał wielu szans, jakie przed nim się pokazywały. Po II wojnie został wysiedlony na Ukrainę, nie przyjął pracy we Lwowie, jako nauczyciel, ze względu na słabe zdrowie. Zmarł w 1948 roku w Hanaczówce pod Lwowem. Tuż przed śmiercią miał powiedzieć: „Miałem wszystko i wszystko straciłem, doszedłem do niczego”.

    …to do czego doszedł Kuźniewicz, jak w przypadku wielu artystów, okazuje się dopiero po śmierci, a czas Kuźniewicza nadchodzi…

     

    źródło info: Nowości Ilustrowane – 1905, nr 5 i 39, 1906, nr 28